Córka obraziła się, że zostawiłam mieszkanie mojemu synowi, ponieważ ma więcej dzieci i zawsze miał trudniej. Nie wiem, ale mój mąż powiedział, że gdyby postąpiłam inaczej, to obraziłby się na mnie syn

Myślałam, że robię to, co słuszne. Że kieruję się rozsądkiem, doświadczeniem i sercem matki, które przez całe życie uczyło się dzielić sprawiedliwie, choć nie zawsze równo.

Kiedy przyszło do decyzji o mieszkaniu, nie spałam kilka nocy. Patrzyłam w sufit i liczyłam w myślach wszystkie „za” i „przeciw”, wszystkie lata, które minęły, i wszystkie dzieci, które przyszły na świat w naszej rodzinie.

W końcu powiedziałam sobie: trzeba wybrać mniejsze zło. Mój syn ma trójkę dzieci. Od zawsze było mu trudniej.

Najpierw kredyt, potem utrata pracy, później choroba najmłodszego. Zawsze coś. Zawsze jakiś problem, który trzeba było załatać pieniędzmi, pomocą, opieką.

Córka ma jedno dziecko, stabilną pracę, męża, który dobrze zarabia. Radziła sobie. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Screen IStockphoto

Dlatego zdecydowałam, że mieszkanie zapiszę synowi. „Mamo, ty zawsze myślisz sercem” – powiedział, kiedy mu o tym powiedziałam, a ja poczułam ulgę.

Nie przewidziałam jednego. Że dla mojej córki ta decyzja nie będzie logiczna, tylko bolesna. Kiedy się dowiedziała, nie krzyczała.

Nie zrobiła awantury. Po prostu zamilkła. „Czyli on znowu był ważniejszy” – powiedziała cicho, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka. „To nie tak” – zaczęłam się tłumaczyć.

„On ma więcej dzieci, jemu zawsze było trudniej”. Spojrzała na mnie i odpowiedziała: „A mnie zawsze było łatwiej, bo mniej prosiłam?”

Od tamtej rozmowy między nami zapadła cisza. Nie taka zwykła, codzienna, tylko ciężka, gęsta, pełna niedopowiedzianych żali.

Dzwoniłam, ale odbierała krótko. Odpisywała zdawkowo. Przestała przyjeżdżać w weekendy. Wnuczka, która wcześniej wpadała do mnie po szkole, nagle „miała dużo zajęć”.

Zaczęłam rozumieć, że ją straciłam. Nie przez pieniądze. Przez decyzję, która w jej oczach była dowodem, że nigdy nie była na pierwszym miejscu.

Powiedziałam o tym mężowi. Siedzieliśmy w kuchni, przy zimnej herbacie. „Może powinnam była podzielić to inaczej” – powiedziałam niepewnie.

On westchnął i odpowiedział bez wahania: „Gdybyś postąpiła inaczej, to obraziłby się na ciebie syn”. Te słowa zapadły mi w pamięć głębiej, niż chciałam.

Nie zapytał, co czuje córka. Nie zastanowił się, czy sprawiedliwość to tylko liczenie dzieci. Skupił się na jednym: żeby syn się nie obraził.

Zaczęłam się zastanawiać, ile decyzji w naszym życiu podjęłam właśnie z tego powodu. Żeby kogoś nie urazić. Żeby ktoś się nie obraził.

Żeby w rodzinie był spokój, nawet jeśli ten spokój oznaczał czyjeś ciche cierpienie. „Przecież ona sobie poradzi” – powtarzaliśmy przez lata o córce. I rzeczywiście, radziła sobie. Sama. Bez narzekania. Bez próśb. A teraz zapłaciła za to cenę.

Kilka tygodni później spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie. Stała przy kasie,lła, obca, zdystansowana. „Jak się czujesz?” – zapytałam.

„Dobrze” – odpowiedziała. „Tylko szkoda, że dowiedziałam się o wszystkim nie od ciebie”. Nie wiedziałam, co powiedzieć. „Nie chciałam cię zranić” – wyszeptałam. Uśmiechnęła się smutno. „Wiem. Ale i tak to zrobiłaś”.

Wróciłam do domu i długo siedziałam w ciszy. Zrozumiałam, że w tej historii nie ma wygranych. Syn dostał mieszkanie, ale jeszcze bardziej przyzwyczaił się do myśli, że zawsze ktoś go uratuje.

Córka straciła zaufanie. A ja? Ja zostałam z poczuciem winy i pytaniem, na które nie ma dobrej odpowiedzi.

Czy matka powinna dzielić po równo, czy sprawiedliwie? Czy brać pod uwagę potrzeby, czy uczucia? Czy można ochronić jedno dziecko, nie raniąc drugiego?

Mąż powtarza, że „czas wszystko załagodzi”. Że córka zrozumie. Ale ja już wiem, że nie wszystko się goi.

Niektóre decyzje zostawiają ślad na całe życie. I dziś, kiedy patrzę na telefon, który milczy, myślę sobie, że może bardziej niż o obrażonego syna powinnam była martwić się o córkę, która przestała wierzyć, że w oczach własnej matki znaczy tyle samo.

Wydawało mi się, że jeśli zostawię synowi mieszkanie, to będzie się mną opiekował, ale myliłam się, bo on nawet nie zamierzał tego robić. Usłyszałam jego rozmowę z synową i wszystko stało się jasne: „Oddajmy ją do domu spokojnej starości, u nas i tak jest mało miejsca”

Mieszkamy z mężem już od 5 lat i nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam, ponieważ wymaga on, abym przygotowywała wszystko na świeżo, bez podgrzewania, i przynosiła mu kawę, gdy się budzi, a ja nie jestem służącą

Kiedy znalazłam list mojego męża, zrozumiałam, że w jego życiu oprócz mnie jest jeszcze jedna kobieta. Przeczytałam, że zamierza oddać jej mieszkanie, które obiecał naszemu synowi