Całe życie wychowywałam cudze dziecko, a kiedy zostałam sama i potrzebowałam opieki, Lara po prostu oddała mnie do domu spokojnej starości

Całe życie powtarzałam sobie, że miłość nie musi być biologiczna, że jeśli wychowujesz dziecko, karmisz je, czuwasz przy nim w nocy, prowadzisz do szkoły i uczysz wiązać sznurówki, to w końcu stajesz się dla niego kimś więcej niż tylko „żoną ojca”.

Wierzyłam w to przez czterdzieści lat. Przez czterdzieści lat byłam matką dla Lary, choć nie urodziłam jej ani jednego dnia.

Kiedy poznałam jej ojca, Lara miała trzy lata. Jej matka zniknęła szybko, podobno „nie była gotowa na macierzyństwo”. Ja byłam.

Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. To ja leczyłam jej gorączki, siedziałam przy łóżku, kiedy miała koszmary, i słuchałam pierwszych zwierzeń o szkole.

„Mamo” – powiedziała do mnie pierwszy raz w przedszkolu, a ja rozpłakałam się ze szczęścia. Jej ojciec tylko się uśmiechnął i powiedział: „Widzisz, pokochała cię”.

Screen IStockphoto

Życie nie było łatwe, ale było nasze. Kiedy mąż zmarł nagle na zawał, Lara miała dwadzieścia dwa lata. Stała obok mnie na pogrzebie, trzymała mnie za rękę i powtarzała: „Nie zostawię cię samej”. Wtedy uwierzyłam, że wszystko, co zrobiłam przez te lata, miało sens.

Zostałyśmy we dwie. Ja sprzedałam dom, przeprowadziłam się bliżej niej, żeby mogła „mieć mnie na oku”. Tak powiedziała. „Będę spokojniejsza, jeśli będziesz blisko”.

Z czasem jej życie zaczęło się wypełniać. Praca, mąż, dzieci. Moje – powoli się kurczyło. Najpierw przestałam prowadzić samochód.
Potem coraz częściej bolały mnie nogi.

„Mamo, musisz zwolnić” – mówiła. „Już nie jesteś młoda”. Pomagałam, jak mogłam. Opiekowałam się wnukami, gotowałam obiady, sprzątałam, kiedy ona była zmęczona. „Jesteś niezastąpiona” – słyszałam. I znowu czułam się potrzebna.

Aż pewnego dnia to ja upadłam w łazience. Leżałam na zimnych kafelkach i nie mogłam wstać. Zadzwoniłam do Lary. Przyjechała po godzinie.

Spojrzała na mnie, westchnęła i powiedziała: „Tak dalej być nie może”. Myślałam, że mówi o schodach, o braku poręczy, o mojej samotności. Myliłam się.

Kilka dni później zawiozła mnie do domu spokojnej starości. „To tylko na jakiś czas” – tłumaczyła. „Tam się tobą zajmą, a ja będę mogła odetchnąć”.

Patrzyłam na budynek, na obcych ludzi, na wózki inwalidzkie stojące przy ścianach. „Laro, ja nie chcę tu zostać” – powiedziałam cicho. Spojrzała na zegarek. „Nie dramatyzuj” – odpowiedziała. „Przyjadę w weekend”.

Nie przyjechała. Ani w ten, ani w kolejny. Dzwoniłam. Najpierw odbierała rzadziej, potem wcale. Pielęgniarka zapytała mnie kiedyś:

„Czy rodzina panią odwiedza?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Rodzina. Przez całe życie myślałam, że ją mam.

Kiedy w końcu przyjechała po miesiącu, była zdenerwowana. „Dlaczego jesteś taka smutna?” – zapytała, jakby to była moja wina. „Masz tu opiekę, jedzenie, spokój”.

Spojrzałam na nią i zapytałam: „Czy ja byłam dla ciebie tylko obowiązkiem?”. Zamilkła. Po chwili powiedziała: „Nie mogę poświęcić ci całego życia”. Te słowa zabolały bardziej niż samotność.

Dziś siedzę przy oknie i patrzę, jak inni pensjonariusze czekają na odwiedziny. Niektórzy się doczekają. Inni, tak jak ja, nauczyli się nie czekać.

Wychowałam cudze dziecko, oddałam mu wszystko, co miałam – czas, zdrowie, serce. A kiedy zostałam sama i potrzebowałam opieki, Lara po prostu oddała mnie tutaj, jak rzecz, której nie ma już gdzie postawić.

Czasem myślę, że nie żałuję miłości, którą jej dałam. Żałuję tylko tego, że wierzyłam, iż dobro zawsze wraca. Bo nie zawsze wraca.

Czasem zostaje za drzwiami domu spokojnej starości, które zamykają się cicho, bez pożegnania.

Mój mąż przyszedł do mnie wieczorem i powiedział, że zamierza się ze mną rozstać, ponieważ znalazł miłość swojego życia. Nie zasmuciłam się, po prostu poprosiłam, żeby jak najszybciej dał mi wolność

Córka obraziła się, że zostawiłam mieszkanie mojemu synowi, ponieważ ma więcej dzieci i zawsze miał trudniej. Nie wiem, ale mój mąż powiedział, że gdyby postąpiłam inaczej, to obraziłby się na mnie syn

Wydawało mi się, że jeśli zostawię synowi mieszkanie, to będzie się mną opiekował, ale myliłam się, bo on nawet nie zamierzał tego robić. Usłyszałam jego rozmowę z synową i wszystko stało się jasne: „Oddajmy ją do domu spokojnej starości, u nas i tak jest mało miejsca”