Irena Santor przez całe życie miała słabość do słów. Jedne śpiewała na scenie, inne odnajdywała na kartach książek.
Literatura była dla niej czymś więcej niż sposobem na spędzanie wolnego czasu — pomagała jej poznawać świat i nadrabiać to, czego nie dawała jej szkolna edukacja.
Dlatego jej ostatnie wyznanie zabrzmiało tak smutno. Podczas spotkania promującego książkę Jolanty Kwaśniewskiej i Jakuba B. Bączka legendarna wokalistka przyznała, że poważna wada wzroku sprawiła, iż nie może już czytać tradycyjnych książek.
Dla osoby, która przez lata z przyjemnością sięgała po kolejne tytuły, to bolesna zmiana. Irena Santor nie zamierza jednak rezygnować z literatury.
Znalazła inny sposób, by pozostać blisko historii, które tak bardzo lubi. Korzysta z urządzenia Czytak, dzięki któremu może słuchać nagrań czytanych przez lektorów i aktorów.
Jej wyznanie nie było więc opowieścią o całkowitym pożegnaniu z książkami, ale o konieczności przyzwyczajenia się do nowej rzeczywistości.
Podczas rozmowy Santor wróciła też do swoich młodzieńczych fascynacji. Jedną z książek, które szczególnie zapamiętała, była „Stara baśń” Józefa Ignacego Kraszewskiego.
Wspominała ją z prawdziwym entuzjazmem, jakby na chwilę znów była dziewczyną, która z ciekawością odkrywa kolejne literackie światy.
Przyznała, że jako młoda osoba czytała bardzo dużo, ponieważ jej edukacja szkolna nie zawsze przebiegała tak, jak powinna. Książki pomagały jej zdobywać wiedzę i rozwijać zainteresowania.
Dziś, kiedy wzrok nie pozwala jej już swobodnie czytać drukowanego tekstu, musi polegać na głosie innych. Nie jest to rozwiązanie, które wybierała z własnej woli, ale pozwala jej nadal czerpać przyjemność z literatury.
To szczególnie poruszające wyznanie w przypadku kobiety, która przez ponad siedem dekad sama przekazywała emocje za pomocą głosu.
Publiczność zna ją z elegancji, doskonałej dykcji i piosenek, które potrafiły opowiadać całe historie w zaledwie kilku zwrotkach.
Teraz to ona słucha, zamiast samodzielnie śledzić zapisane na papierze słowa. Nie oznacza to jednak, że zamknęła się w domu i zniknęła z życia publicznego.
„Czytałam w młodości bardzo dużo, ponieważ ta moja edukacja szkolna to różnie przebiegała, więc ja się posiłkowałam rzeczywiście książkami i czytałam je namiętnie” – wyznała bez ogródek piosenkarka.
W październiku 2026 roku nadal spotyka się z ludźmi, udziela wywiadów i uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych. Wkrótce skończy 92 lata, a jej obecność wciąż budzi zainteresowanie kolejnych pokoleń.
Historia Ireny Santor zaczęła się 9 grudnia 1934 roku w Papowie Biskupim. Dzieciństwo spędziła między innymi w Solcu Kujawskim, gdzie szybko dała się poznać jako dziewczynka wyjątkowo muzykalna.
„Niestety, mam bardzo wielką wadę wzroku i już nie mogę czytać, ale posiłkuję się urządzeniem, które nazywa się czytak [odtwarzacz do słuchania audiobooków lub podcastów, m.in. dla seniorów – przyp. red.]. Więc w dalszym ciągu czytam dużo, ale już za pomocą tego, co mi zinterpretują aktorzy, lektorzy” – podkreśliła artystka.
Śpiewała podczas rodzinnych spotkań, a jej talent zwracał uwagę ludzi, których spotykała na swojej drodze. Przełom przyszedł, gdy była nastolatką.
Dyrygent Zdzisław Górzyński dostrzegł jej możliwości i polecił ją Tadeuszowi Sygietyńskiemu, twórcy zespołu „Mazowsze”.
W 1951 roku, mając zaledwie 16 lat, rozpoczęła pracę w tej słynnej grupie. Dla młodej dziewczyny oznaczało to zupełnie nowy świat: próby, podróże, koncerty i wymagającą dyscyplinę.
„Entuzjazmowałam się 'Starą baśnią’ Józefa Ignacego Kraszewskiego. Naprawdę, dzisiaj to brzmi tak archaicznie, że ktoś mógłby się zastanawiać, czy taka książka w ogóle istniała. Więc 'Starą baśnią’ się fascynowałam” – wyznała Irena Santor.
Przez osiem lat występowała z „Mazowszem”, poznając scenę od podszewki. To tam zdobywała doświadczenie i uczyła się pracy z publicznością.
W zespole poznała także Stanisława Santora, skrzypka i koncertmistrza orkiestry radiowej, który później został jej mężem. Po latach artystka wspominała ten czas jako wyjątkową szkołę życia.
Zespół otworzył przed nią drzwi do kariery, ale też pozwolił jej zrozumieć, że chce rozwijać się jako solistka. W 1959 roku odeszła z „Mazowsza” i rozpoczęła własną drogę artystyczną.
Decyzja okazała się przełomowa. Santor szybko zdobyła popularność dzięki piosenkom, które trafiały do słuchaczy nie tylko melodią, ale także sposobem ich interpretacji.
Wśród największych przebojów znalazły się „Embarras”, „Powrócisz tu”, „Tych lat nie odda nikt” i „Już nie ma dzikich plaż”. Jej repertuar nie opierał się na chwilowej modzie.
Piosenki pozostawały aktualne, ponieważ mówiły o emocjach, które nie starzeją się razem z kolejnymi pokoleniami.
Występowała na festiwalach w Opolu i Sopocie, koncertowała za granicą, a Polonia w wielu krajach przyjmowała ją z ogromnym entuzjazmem.
Santor była artystką wszechstronną. Próbowała sił w kabarecie, teatrze i filmie, nagrywała programy radiowe i telewizyjne.
W 2017 roku została pierwszą polską piosenkarką uhonorowaną doktoratem honoris causa Akademii Muzycznej w Łodzi.
Wyróżnienie podkreślało nie tylko jej dorobek, ale także znaczenie dla rozwoju polskiej kultury muzycznej.
Przez dziesięciolecia potrafiła zachować własny styl, unikając krzykliwego wizerunku i nieustannego zabiegania o uwagę mediów. Wolała, aby publiczność pamiętała jej piosenki, a nie prywatne szczegóły życia.
Za tą spokojną, elegancką postawą kryły się jednak doświadczenia, o których przez długi czas mówiła niewiele. Jej małżeństwo ze Stanisławem Santorem trwało kilkanaście lat, ale zakończyło się rozwodem.
W 1959 roku artystka urodziła córkę Sylwię, która zmarła zaledwie dwa dni po narodzinach. Była to tragedia, która głęboko naznaczyła jej życie.
Santor przez wiele lat nie opowiadała publicznie o szczegółach tej straty. Dopiero z czasem zdecydowała się uchylić drzwi do najbardziej osobistej części swojej historii. Nie szukała przy tym współczucia ani nie budowała wokół tragedii medialnej opowieści.
To doświadczenie pozostawało przede wszystkim jej prywatnym bólem. Później jej bliskim towarzyszem został Zbigniew Korpolewski, reżyser i człowiek od lat związany ze światem teatru oraz estrady.
Poznali się w środowisku artystycznym, a ich relacja trwała ponad cztery dekady. Nie zdecydowali się na ślub, ale przez lata tworzyli wspólne życie.
Korpolewski rozumiał zawodowy świat Santor, jej przywiązanie do muzyki i potrzebę niezależności. Kiedy zmarł w 2018 roku, artystka straciła jedną z najważniejszych osób w swoim życiu.
Po jego odejściu rzadziej opowiadała o prywatności, a w jej wypowiedziach częściej pojawiały się refleksje o czasie, samotności i tym, co pozostaje po najbliższych.
W jej biografii znalazł się również poważny problem zdrowotny. W 2000 roku Santor przeszła leczenie związane z chorobą nowotworową.
Po powrocie do zdrowia zaangażowała się w działania promujące profilaktykę i regularne badania. Nie ograniczała się więc do opowiadania o własnych doświadczeniach, ale wykorzystała rozpoznawalność, by zwrócić uwagę na znaczenie wczesnego wykrywania chorób.
Ta część jej działalności pokazywała, że popularność może służyć również sprawom, które nie mają nic wspólnego ze sceną.
W 2021 roku zdecydowała się zakończyć regularne występy estradowe. Po wielu latach pracy, setkach koncertów i nieustannych podróży uznała, że potrzebuje odpoczynku.
Sama przyznawała, że przez długi czas pracowała niemal bez przerwy i że rutyna zaczęła odbierać jej radość z występowania.
Zakończenie kariery scenicznej nie oznaczało jednak całkowitego zniknięcia. Z okazji 90. urodzin w 2024 roku poświęcono jej specjalny koncert i film dokumentalny, a w kolejnych latach artystka nadal pojawiała się publicznie.
Jej repertuar wykonywali młodsi artyści, dzięki czemu piosenki Santor docierały także do osób, które nie miały okazji słuchać jej podczas największych koncertów.
Dzisiaj jej plany są znacznie spokojniejsze niż przed laty. Podczas niedawnego spotkania przyznała, że nie marzy już o kolejnych wielkich wydarzeniach zawodowych.
Najbardziej zależy jej na długim życiu w dobrym zdrowiu. Nie mówi o przyszłości w kategoriach wielkich deklaracji.
Cieszą ją spotkania, rozmowy, książki — nawet jeśli teraz musi ich słuchać zamiast czytać — oraz świadomość, że nadal może uczestniczyć w życiu kulturalnym.
Wyznanie o problemach ze wzrokiem jest więc czymś więcej niż informacją o jednej zmianie w codzienności. Pokazuje, jak z biegiem lat trzeba na nowo układać zwyczajne przyzwyczajenia.
Dla osoby kochającej literaturę utrata możliwości samodzielnego czytania może być szczególnie dotkliwa. Santor nie udaje, że nie jest jej z tym trudno. Jednocześnie znalazła sposób, aby nie odcinać się od tego, co wciąż sprawia jej radość.
W jej życiu wiele rzeczy wygląda dziś inaczej niż w czasach, kiedy podróżowała z „Mazowszem” albo stawała na scenie z kolejnym przebojem. Nie ma już intensywnego rytmu koncertów, nie wróci też czas, w którym sama przewracała kolejne kartki ulubionych książek.
Pozostały jednak wspomnienia, ciekawość świata i chęć uczestniczenia w rozmowach, które mają dla niej znaczenie. Irena Santor przez dziesięciolecia śpiewała o miłości, przemijaniu i pamięci.
Teraz sama coraz częściej mówi o tym, co w życiu zostaje najdłużej. Nie wielkie tytuły ani medialne nagłówki, lecz bliscy ludzie, ulubione historie i drobne przyjemności, które wciąż można odnajdywać na własnych zasadach.
Faustyna Martyniuk opublikowała zdjęcie swojego syna. Jest dokładną kopią Daniela
Kayah pożegnała bliskiego przyjaciela. Ciepłe słowa artystki nie pozostawiły nikogo obojętnym




