Przez lata Justyna Sieńczyłło i Emilian Kamiński tworzyli parę, której życie było mocno związane nie tylko z aktorstwem, ale też z teatrem.
Poznali się w latach 90., zakochali, założyli rodzinę i przez kolejne dekady byli razem. Kiedy 26 grudnia 2022 roku Kamiński zmarł, dla Sieńczyłło skończyła się pewna epoka.
Dziś aktorka nie udaje, że tęsknota zniknęła. Jednocześnie po raz pierwszy tak otwarcie mówi, że nie zamierza zamykać się na przyszłość.
I choć nie pojawił się żaden nowy mężczyzna, jej słowa o miłości wybrzmiały bardzo jasno: jest otwarta na to, co jeszcze może przynieść życie.
Ich historia nie zaczęła się jak spokojna opowieść o dwojgu ludzi, którzy od razu wiedzieli, że będą razem do końca. Kiedy Emilian Kamiński w 1993 roku zakochał się w Justynie, pozostawał jeszcze w związku z inną kobietą.
Aktor podjął jednak decyzję o odejściu. Jego ówczesna partnerka wyprowadziła się z córką, a Kamiński i Sieńczyłło z czasem stworzyli własną rodzinę. Ich małżeństwo trwało 25 lat.
Justyna nie była przy tym jedynie żoną znanego aktora. Sama zbudowała własną pozycję na scenie. W 1992 roku ukończyła warszawską szkołę teatralną i związała się z Teatrem Powszechnym.
Grała między innymi w „Śnie nocy letniej”, „Tańcach w Ballybeg”, „Balladynie”, „Ślubach panieńskich” czy „Biesach”.
Za swoje role otrzymywała również nagrody, jeszcze na początku kariery pokazując, że teatr jest dla niej czymś więcej niż kolejnym miejscem pracy.
Pojawiała się także przed kamerą. Widzowie pamiętają ją z produkcji takich jak „Klan”, „Pensjonat pod Różą”, „Boże skrawki” czy „Szatan z siódmej klasy”.
Jednak to właśnie teatr z czasem stał się centrum jej życia. Razem z Kamińskim była związana z Teatrem Kamienica — miejscem, które aktor założył w Warszawie w 2009 roku i które traktował jak swoje najważniejsze zawodowe dzieło.
Wspólne życie oznaczało więc także wspólną pracę, odpowiedzialność i codzienność. Doczekali się dwóch synów — Kajetana i Cypriana.
Dom, teatr i rodzina przez lata tworzyły świat, w którym oboje funkcjonowali niemal obok siebie każdego dnia.
Potem przyszła choroba. Emilian Kamiński dowiedział się o diagnozie w 2019 roku, ale nawet wtedy nie chciał całkowicie wycofać się ze sceny.
Mimo problemów z oddychaniem pracował, uczył się ról i starał się, by publiczność nie widziała, jak wiele kosztuje go występ. Zmarł 26 grudnia 2022 roku po chorobie nowotworowej.
Dla Justyny rozpoczął się wtedy zupełnie inny etap. W pierwszych miesiącach po jego śmierci mówiła o nim tak, jakby nadal był obecny w ich codzienności.
W rozmowie z „Dzień Dobry TVN” przyznała, że wyobraża sobie, iż mąż po prostu wyjechał na tournée ze swoimi spektaklami, a rodzina jak wcześniej przejęła obowiązki. To był jej sposób na poradzenie sobie z pustką, która pojawiła się po jego odejściu.
Czas jednak nie sprawił, że wspomnienia wyblakły. W 2026 roku Sieńczyłło mówiła wręcz, że żałobę musiała „odłożyć na półkę”, ponieważ na jej barkach znalazła się walka o przyszłość Teatru Kamienica.
Po śmierci męża to ona została jego dyrektorką i razem z synem Kajetanem stara się utrzymać miejsce, które było dla Kamińskiego życiowym projektem.
„Nauczyło mnie życie, żeby nigdy nie mówić nigdy, ale jak zawsze ktoś mnie o to pyta, to mówię, że poprzeczka jest wysoko postawiona. Bardzo wysoko. Emilian mnie zaskakiwał, ja go odkrywałam, jak go nie znałam takim, ja nie wiedziałam, że jest aż tak odważny, że jest takim wizjonerem (…)” – powiedziała.
Ta walka nie jest łatwa. Rodzina od lat zmaga się ze sporem dotyczącym przyszłości teatru, a w 2026 roku ponownie apelowała o pomoc i nagłośnienie problemów placówki.
Sieńczyłło mówiła publicznie o ogromnych kosztach, braku stabilizacji i poczuciu, że została z tym wszystkim sama.
W tym całym zamieszaniu pojawiło się jednak coś jeszcze — pytanie, czy po śmierci męża w życiu Justyny jest miejsce na nową miłość.
Odpowiedź aktorki jest zaskakująco spokojna. Nie twierdzi, że kogoś poznała. Nie ogłasza nowego związku. Nie opowiada o żadnym tajemniczym mężczyźnie. Mówi po prostu, że nie zamyka się na uczucie.
„Ja się nie zamykam. Jestem otwarta na los. To jest poza nami absolutnie. Co jest mi podyktowane przez 'górę’ to mnie spotka (…). Jestem otwarta w ogóle na życie». — powiedziała.
Przyznała również, że życie nauczyło ją, by nigdy nie mówić „nigdy”.
Jednocześnie trudno jej wyobrazić sobie człowieka, który mógłby łatwo dorównać temu, kim był dla niej Emilian. Jak mówiła, poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko.
Nie brzmi to jak próba wymazania przeszłości. Wręcz przeciwnie. Sieńczyłło wciąż mówi o mężu z ogromnym ciepłem.
Podkreślała, że przez lata odkrywała w nim kolejne cechy, których wcześniej nie znała — jego odwagę, pomysłowość i wizjonerstwo.
Ich wspólne życie nie jest więc dla niej zamkniętym rozdziałem, który należy odłożyć i zapomnieć. To część jej historii, która nadal jest obecna.
A jednak Justyna patrzy również dalej. Powiedziała, że chciałaby jeszcze wiele w życiu przeżyć. Wspomniała nawet o marzeniu, by
doczekać wnuków.
To jedno zdanie pokazuje chyba więcej niż najbardziej szczegółowy opis jej obecnej sytuacji uczuciowej. Nie wiadomo, czy pojawi się nowa miłość. Nie wiadomo, czy będzie chciała jeszcze raz dzielić z kimś dom. Wiadomo natomiast, że nie zatrzasnęła przed tym drzwi.
Dziś jej życie wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy obok niej był Emilian. Jest aktorką, dyrektorką teatru, matką dorosłych synów i kobietą, która po stracie ukochanego człowieka musiała nauczyć się podejmować decyzje również za niego.
Nadal walczy o Kamienicę, nadal pracuje i nadal nosi w sobie pamięć o mężu. A gdy pytają ją o przyszłość, nie składa wielkich deklaracji.
Nie obiecuje, że zacznie wszystko od nowa. Mówi tylko, że jest otwarta na życie. I właśnie w tych kilku słowach jest dziś chyba najwięcej prawdy o Justynie Sieńczyłło — kobiecie, która straciła wielką miłość, ale nie chce, by wraz z nią skończyła się cała reszta jej historii.



