Minął już rok, odkąd nie ma już wśród nas Stanisława Soyki, legendy swojego pokolenia. Okazało się, co się z nim stało przed jego ostatnim koncertem

Minął rok, odkąd nie ma już Stanisława Soyki. 21 sierpnia 2025 roku polska muzyka straciła jednego ze swoich najbardziej charakterystycznych artystów.

Miał 66 lat i tego samego dnia miał wystąpić podczas Top of the Top Sopot Festival. Jeszcze kilka godzin wcześniej stał na scenie Opery Leśnej i przygotowywał się do wieczornego koncertu. Nikt wtedy nie przypuszczał, że była to jego ostatnia próba.

Soyka przez całe życie szedł własną drogą. Nie potrzebował krzykliwego wizerunku ani wielkich deklaracji.

Wystarczał mu głos, fortepian, skrzypce i muzyka, która często mówiła więcej niż setki wywiadów. Na scenie pojawił się bardzo wcześnie — jako siedmiolatek śpiewał w chórze kościelnym, a kilka lat później został organistą.

Poważną karierę rozpoczął w latach 70., współpracując między innymi z Jarosławem Śmietaną, a później występował z największymi nazwiskami polskiej sceny.

Z czasem stworzył własny muzyczny język. Łączył jazz, pop, rock, blues i poezję śpiewaną, nie przejmując się tym, czy łatwo będzie przypisać jego twórczość do jednej kategorii.

Publiczność pokochała go za autentyczność. „Tolerancja”, „Cud niepamięci”, „Absolutnie nic” czy „Życie to krótki sen” stały się częścią pamięci kilku pokoleń.

Dlatego wiadomość o jego śmierci była tak trudna do przyjęcia. Tym bardziej że Soyka nie odszedł po długim pożegnaniu ze sceną. Wręcz przeciwnie — jeszcze tego samego dnia miał wystąpić przed publicznością w Sopocie.

Teraz, po roku, ujawniono więcej szczegółów dotyczących tamtego dnia. Fragmenty książki Beaty Biały „Życie to krótki sen”, która opowiada o artyście, pozwoliły odtworzyć ostatnie godziny jego życia.

Soyka przyjechał do Opery Leśnej na próbę przed wieczornym koncertem. Na scenie miał zaśpiewać kilka swoich najbardziej znanych utworów: „Tolerancję”, „Absolutnie nic”, „Cud niepamięci” oraz „Życie to krótki sen”.

Na nagraniach z próby widać artystę, który wykonuje swoje piosenki tak, jak robił to przez całe życie. Nie ma jeszcze publiczności.

Nie ma festiwalowego gwaru. Jest scena, muzycy i głos Soyki. Kilka godzin później miały pojawić się światła, widownia i oklaski.
Nie pojawił się jednak ponownie na scenie.

Po próbie Soyka zdecydował, że wróci do hotelu, aby odpocząć przed wieczornym występem. I właśnie tam, z dala od innych artystów i festiwalowej ekipy, jego stan nagle się pogorszył. Według relacji opisanej w książce w tym momencie był sam.

Za kulisami długo nikt nie wiedział, co naprawdę się dzieje. Soyka miał wystąpić po Ewie Bem, z którą był zaprzyjaźniony. Kiedy nie pojawił się w odpowiednim momencie, zaczęły krążyć informacje, że źle się poczuł. Nikt jednak początkowo nie mówił o śmierci.

Organizatorzy musieli działać w sytuacji, w której każda kolejna minuta przynosiła nowe pytania. Przekazywano sobie informacje telefonicznie i przez krótkofalówki.

Jednocześnie osoby odpowiedzialne za festiwal starały się nie powtarzać niesprawdzonych wiadomości. Jak później wspominano, za kulisami krążyły półprawdy i plotki, ale nikt nie chciał na ich podstawie podejmować decyzji.

„Stanisław Soyka stoi na scenie podczas ostatniej próby. Nie ma jeszcze publiczności, nie ma szumu, tylko rozrzucone dźwięki przygotowań i cisza, która co chwilę wraca, jak przypływ. Ma wykonać kilka najpopularniejszych utworów: Tolerancja, Absolutnie nic, Cud niepamięci, Życie to krótki sen».

W pewnym momencie padło jedno zdanie: „Staszek umarł”. I wtedy wszystko się zmieniło. Festiwal, który miał być wielkim muzycznym wydarzeniem, musiał zostać przerwany.

Publiczność dowiedziała się o śmierci artysty, a atmosfera w Operze Leśnej w jednej chwili zamieniła się w żałobę. Muzycy wyszli razem na scenę i zaśpiewali „Tolerancję”. Wielu z nich nie było w stanie ukryć łez.

To właśnie ten obraz najbardziej zapisał się w pamięci osób, które tamtego wieczoru były w Sopocie. Nie było wielkich przemówień.

Była muzyka Soyki. Jego własna piosenka stała się pożegnaniem, którego nikt wcześniej nie planował.

Dziś szczególnie mocno brzmi fakt, że kilka godzin wcześniej artysta jeszcze śpiewał. Był na scenie, przygotowywał repertuar i miał wrócić wieczorem przed publiczność. Nic nie zapowiadało, że próba okaże się jego ostatnim występem.

Stanisław Soyka pozostawił po sobie nie tylko setki nagrań i koncertowych wspomnień. Pozostawił też muzykę, która przez lata mówiła o rzeczach prostych, ale trudnych: miłości, przemijaniu, samotności, ludzkiej bliskości i potrzebie wzajemnego szacunku.

Rok po jego śmierci nagrania z ostatniej próby ogląda się już inaczej. Widać na nich nie legendę, nie pomnik i nie nazwisko z
historii polskiej muzyki.

Widać człowieka, który przyszedł na próbę, zaśpiewał swoje piosenki i miał jeszcze tego samego wieczoru wyjść do ludzi.

Nie wyszedł. Została scena, muzyka i głos, którego nie da się już usłyszeć na żywo. A kiedy podczas tamtego tragicznego wieczoru artyści zaśpiewali „Tolerancję”, jego muzyka po raz ostatni połączyła ludzi.

Tym razem nie na koncercie, lecz w chwili pożegnania z człowiekiem, który przez całe życie potrafił zamieniać własne emocje w piosenki.

Jacek Kawalec ujawnił, jak tak naprawdę wyglądało jego rozstanie z Budką Suflera. Piosenkarz podzielił cały świat show-biznesu na dwa obozy

W końcu plotki o związku Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza miały swoje uzasadnienie. Dlaczego ukrywali prawdę

Drzyzga i Agnieszka Woźniak-Starak niejednokrotnie pojawiali się razem na ekranie. Teraz Ewa uznała, że nadszedł czas, by opowiedzieć całą prawdę