Janusz Korczak był człowiekiem, którego życie od początku do końca układało się w opowieść o odpowiedzialności, empatii i wyborach dokonywanych wbrew wygodzie.
Naprawdę nazywał się Henryk Goldszmit i urodził się w Warszawie w 1878 roku, w rodzinie inteligenckiej, która początkowo dawała mu poczucie bezpieczeństwa.
To dzieciństwo jednak szybko pękło. Choroba psychiczna ojca i jego śmierć sprawiły, że młody Henryk bardzo wcześnie zobaczył, jak kruche potrafi być życie.
„Dziecko nie jutra, nie przyszłości – dziecko jest dziś” – ta myśl, powtarzana później przez Korczaka, dojrzewała w nim właśnie wtedy, gdy sam musiał zbyt szybko dorosnąć.
Wybrał studia medyczne, bo chciał pomagać, ale szybko zrozumiał, że leczenie ciała nie wystarczy. Pracując jako lekarz, coraz częściej stykał się z dziećmi opuszczonymi, zaniedbanymi, pozbawionymi głosu.
To one stały się centrum jego świata. Kiedy zaczął pisać – najpierw artykuły, potem książki – nie robił tego dla sławy. „Nie wiem, jak kochać dziecko abstrakcyjnie.
Ja znam tylko to konkretne” – mówił, tłumacząc, dlaczego jego pedagogika nie opiera się na teoriach, lecz na codziennym byciu razem.
Jego życie osobiste było skromne, niemal ascetyczne. Korczak nigdy nie założył rodziny, nie miał żony ani własnych dzieci.
Dla wielu było to niezrozumiałe, ale on sam widział swoje powołanie inaczej. „Mam tysiące dzieci. Każde z nich jest moją odpowiedzialnością” – mawiał.
Dom Sierot przy ulicy Krochmalnej w Warszawie nie był dla niego miejscem pracy, lecz domem w najpełniejszym znaczeniu tego słowa.
Spał tam, jadł z dziećmi, znał ich lęki, radości i sekrety. Wprowadził samorząd dziecięcy, sąd koleżeński, gazetkę – nie jako eksperyment, lecz jako wyraz szacunku.
„Dziecko ma prawo do błędu, do łez, do niewiedzy” – powtarzał, burząc myślenie epoki, w której dziecko miało być posłuszne, a nie wysłuchane.

Był także pisarzem, który potrafił mówić do najmłodszych bez protekcjonalności. „Król Maciuś Pierwszy” nie był bajką o władzy, lecz opowieścią o samotności odpowiedzialności i cenie decyzji – bardzo osobistej, choć ukrytej pod literacką formą.
Korczak wiedział, że dzieci doskonale rozumieją więcej, niż dorośli chcą przyznać. „Nie schylaj się do dziecka. Stań na palcach” – to zdanie oddaje jego sposób myślenia o relacji dorosły–dziecko.
Najbardziej dramatyczne kartki jego życia zapisały się w czasie II wojny światowej.
Getto warszawskie stało się więzieniem także dla Domu Sierot. Głód, choroby, strach – Korczak mógł odejść. Otrzymywał propozycje ratunku, fałszywe dokumenty, możliwości ucieczki. Nie skorzystał z żadnej.
„Nie zostawia się dziecka w nocy samego” – miał powiedzieć, gdy próbowano go namówić do wyjścia. Kiedy nadszedł dzień deportacji, poszedł razem z dziećmi.

Uporządkowani, spokojni, prowadzeni przez człowieka, który do końca pozostał ich opiekunem.
Nie ma świadków jego ostatnich chwil, ale pamięć o nim stała się czymś więcej niż wspomnieniem. Janusz Korczak nie był bohaterem jednego gestu, lecz całego życia.
Jego osobisty przykład – codzienny, cichy, konsekwentny – zapisał się w pamięci kolejnych pokoleń pedagogów, rodziców i dzieci.
Nie zostawił po sobie potomków, ale zostawił sposób myślenia, który wciąż uczy, że szacunek nie jest nagrodą, lecz punktem wyjścia.
I może właśnie dlatego jego historia do dziś brzmi tak przejmująco – bo pokazuje, że największe bohaterstwo rodzi się z wierności najprostszym wartościom.

