Słowa, które usłyszałam od męża, brzmiały tak, jakby wręczył mi instrukcję do wykonania. Chodziło o to, że jego matka już od kilku lat jest sama i — jak to ujął — „powinniśmy ją wspierać”.
Nie miałam nic przeciwko temu, ale nigdy nie było takiego podejścia wobec moich rodziców.
Odniosłam wrażenie, że nawet mnie nie zapytał, tylko postawił przed faktem dokonanym. Bez wahania, bez żadnego pytania powiedział:
„Dasz radę pogodzić pracę, dzieci i jeszcze moją mamę?”
Problem polegał na tym, że przez dwa tygodnie była w szpitalu i dopiero co została wypisana.

Adam oczywiście codziennie chodził do pracy — tak jak ja — ale z jakiegoś powodu uznał, że to ja powinnam zajmować się jego matką.
Tą samą teściową, która kiedyś nawet nie pofatygowała się, by zadzwonić do mnie i zapytać, jak się czuję podczas urlopu macierzyńskiego.
Słowa Adama nie brzmiały jak prośba, lecz jak rozkaz. Dla mnie takie podejście było nie do przyjęcia i bardzo przykre, bo w gruncie rzeczy to jego matka i to on ponosi za nią odpowiedzialność.
Tym bardziej że teściowa zawsze traktowała mnie jak dodatek do swojego syna, nigdy jak równorzędną partnerkę, a już na pewno nie jak żonę swojego syna — raczej jak służącą, która ma obsługiwać całą ich rodzinę.
W stosunku do mojej rodziny nigdy nie zauważyłam, żeby Adam choćby raz w tygodniu pojechał do moich rodziców i pomógł im w czymkolwiek albo odwiedził moich dziadków, by zwyczajnie zapytać, jak się czują.
Za to ode mnie wymagano wszystkiego: posprzątaj, odwiedź, porozmawiaj, przynieś, przyjedź.
Byłam naprawdę zmęczona takim traktowaniem i w mojej głowie zaczęły rodzić się bardzo niepokojące myśli na temat mojego męża.
Tak, kochałam go, ale jego zachowanie było nie do zaakceptowania i wszyscy wokół to widzieli.
Nawet jego brat mówił, że tak nie wolno traktować swojej żony, że ja też mam swój czas i mam prawo przeznaczać go dla siebie, a nie wyłącznie dla jego rodziny.
Adam obrażał się, trzaskał drzwiami i wychodził w nieznanym kierunku, ale ja się nie poddawałam, bo byłam przekonana, że nie robię nic złego.
I właśnie wtedy, gdy teściowa naprawdę potrzebowała opieki, wszyscy nagle sobie o mnie przypomnieli. Bo przecież ktoś musiał się nią zająć. Powiedziała to nawet pani doktor — i patrzyła nie na mnie, tylko na jej syna.
Dla Adama te słowa zabrzmiały jak: „znajdź kogoś, kto zrobi to najlepiej”, i powiedział do mnie:
„Kochanie, ty sobie poradzisz, w pracy cię zrozumieją, weźmiesz urlop”.
Ze względu na swoje wychowanie było mi jej trochę żal i zgodziłam się, choć w głębi duszy wcale tego nie chciałam. Tak zostałam darmową opiekunką matki mojego męża.
Już pierwszego dnia poczułam, jak bardzo jest to trudne. Drugiego dnia spóźniłam się — zaledwie 15 minut — i teściowa zadzwoniła do swojego syna zapytać, dlaczego mnie jeszcze nie ma.
Adam natychmiast zadzwonił do mnie i powiedział, że jego matka leży tam sama, a ja już od 15 minut zajmuję się swoimi sprawami. W tamtym momencie prowadziłam córkę do przedszkola.
Tak — to były moje sprawy, bo to ja zawsze sama odprowadzałam dzieci do szkoły i przedszkola. I teraz miałam słuchać, że źle wywiązuję się ze swoich obowiązków?
W takim trybie minął cały tydzień. Aż pewnego dnia zachorowała moja mała córka. Nie wiedziałam, co robić, bo na pomoc Adama nie mogłam liczyć. Zostałam przy dziecku, gdy nagle zadzwonił telefon:
„Ile jeszcze mam czekać? Rozumiesz, że potrzebuję opieki? A ty zawsze jesteś zajęta swoimi sprawami!”
Wtedy nie wytrzymałam i odpowiedziałam:
„Tak, jestem zajęta swoimi sprawami — moim dzieckiem, które ma gorączkę. A oprócz mnie ma pani jeszcze dwóch dorosłych synów, którzy mają ręce i nogi i mogą przyjść albo przyjechać, jeśli trzeba”.
I odłożyłam słuchawkę. W tamtej chwili nie czułam ani złości, ani żalu. Czułam wolność. Bo nie musiałam tego robić.
Nie musiałam iść wbrew swoim zasadom, zostawiać dzieci, pracy, swojego czasu i codziennie spędzać go przy osobie, która kiedyś nawet nie chciała na mnie spojrzeć.
Wieczorem czekała mnie poważna rozmowa z mężem. Postawiłam go przed faktem: zamiast mnie on i jego brat mogą zatrudnić opiekunkę.
Tak, to będzie kosztować, ale wszystkim będzie lepiej. W odpowiedzi usłyszałam:
„To moja mama i powinna się nią opiekować rodzina, a nie obcy ludzie”.
Wtedy zrozumiałam, że mówiąc „rodzina”, miał na myśli mnie. Nie ustąpiłam. Sama znalazłam opiekunkę i — oczywiście — zapłaciłam za nią z własnych pieniędzy.
Wydawało mi się, że oni po prostu żałują pieniędzy, chociaż ja też mogłam je przeznaczyć na coś potrzebnego. Ale w tamtym momencie poczułam, że tym gestem uwalniam się od poczucia winy, które niesłusznie nosiłam w sobie.
Oczywiście, gdy teściowa się o tym dowiedziała, usłyszałam na swój temat wiele nowych „opinii”. Ale nie cofnęłam się.
Właśnie wtedy poczułam prawdziwą wolność i pokazałam wszystkim, że są granice, których nie wolno przekraczać. Myślę, że wszyscy mnie zrozumieli.
Kiedy poznałam siostrę męża, wydała mi się miłą osobą. Ale z czasem pokazała swoje prawdziwe oblicze