Poprosiłem żonę tylko o jedno. Jedno, wydawałoby się, zupełnie zwyczajne zadanie.
— Odbierz moją mamę z dworca — powiedziałem rano, zapinając marynarkę. — Przyjeżdża na trzy dni. Ja utknąłem w delegacji, wrócę jutro wieczorem.
Żona spojrzała na mnie uważnie. Za długo, jak na zwykłe „dobrze”.
— Na pewno? — zapytała.
— Co „na pewno”?

— Że chcesz, żeby przyjechała właśnie teraz.
Westchnąłem.
— Przecież sama mówiła, że chce pomóc.
Nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową.
Wyjechałem spokojny. Byłem przekonany, że przesadza, jak zwykle, że to kolejne napięcie, które minie samo. W końcu to moja mama. Nie
wróg.
Telefon zadzwonił wieczorem, gdy siedziałem w hotelowym pokoju.
— No i jak? Odebrałaś ją? — zapytałem, nawet nie zdejmując butów.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Byłam na dworcu — powiedziała w końcu żona.
— I?
— Powiedziałam jej, że jesteś w podróży służbowej i że to nie jest dobry moment na wizytę.
— Jak to… powiedziałaś? — usiadłem na łóżku. — Przecież ja naprawdę jestem w delegacji.
— Tak. Ale nie powiedziałam jej, żeby została.
Serce zaczęło mi walić.
— Chcesz mi powiedzieć, że odesłałaś moją mamę do domu?
— Tak — odpowiedziała spokojnie. — Kupiłam jej bilet powrotny.
— Ty chyba żartujesz!
— Nie żartuję.
Podniosłem głos.
— Stała na dworcu! Sama!
— Nie dramatyzuj — przerwała mi. — Siedziała w poczekalni. Powiedziała, że „i tak chciała tylko zobaczyć, czy dom jest czysty”.
Zamilkłem.
— Powiedziała tak? — zapytałem ciszej.
— Tak. A potem dodała, że skoro ciebie nie ma, to ona „nie będzie mnie pouczać”.
Zrobiło mi się gorąco ze wstydu.
— Dlaczego mi wcześniej nic nie mówiłaś?
— Mówiłam — odpowiedziała. — Za każdym razem, gdy przyjeżdżała. Tylko ty zawsze mówiłeś: „ona już taka jest”.
Przypomniałem sobie jej wizyty. Krytyczne spojrzenia. Otwieranie szafek. Poprawianie ręczników w łazience.
— „Źle układasz talerze.”
— „Mój syn lubi inaczej.”
— „Za moich czasów kobieta wiedziała, co to porządek.”
Zawsze to bagatelizowałem.
— Bałam się, że jeśli zostanie sama z nią w domu, coś pęknie — powiedziała żona. — I pękło. Tylko wcześniej.
— Mama będzie wściekła — powiedziałem.
— Już była — odpowiedziała cicho. — Powiedziała, że mnie wychowała źle i że odbieram jej syna.
Zacisnąłem szczękę.
Mama zadzwoniła godzinę później.
— Czy ty wiesz, co zrobiła twoja żona?! — krzyczała.
— Wiem — odpowiedziałem spokojnie.
— Upokorzyła mnie!
— A ty ją poniżałaś miesiącami — powiedziałem, sam zaskoczony własnym tonem.
Zapadła cisza.
— Ja tylko chciałam pomóc — rzuciła chłodno.
— Pomoc to nie kontrola, mamo.
Kiedy wróciłem do domu następnego dnia, żona siedziała przy stole. Wyglądała na zmęczoną, ale spokojną.
— Myślałam, że mnie zostawisz — powiedziała bez wstępu.
— A ja myślałem, że muszę w końcu dorosnąć — odpowiedziałem.
Usiadłem obok niej.
— Przepraszam, że tak długo udawałem, że nic się nie dzieje.
Spojrzała na mnie i po raz pierwszy od dawna lekko się uśmiechnęła.
— Nie chciałam wojny — powiedziała. — Chciałam tylko czuć się u siebie bez strachu.
Zrozumiałem jedno: moja mama wróciła z dworca do domu, ale ja wróciłem z delegacji do prawdy.
I czasem największym aktem lojalności wobec rodziny nie jest ochrona matki.
Tylko obrona własnego małżeństwa.