Odliczałam dni do porodu. Pierwsze dziecko. Pierwsza taka radość, ale też strach, którego nie da się opisać. Chciałam być przygotowana na wszystko.
Kupowałam powoli, z głową, odkładając pieniądze z każdej wypłaty. Wózek wybrany po tygodniach czytania opinii.
Łóżeczko skręcone wspólnie z mężem. Maleńkie ubranka poskładane w równe stosiki, jeszcze pachnące proszkiem dla niemowląt.
— Zobacz, jakie maleńkie — mówiłam, głaszcząc materiał.
— Naszemu dziecku będzie w nich tak dobrze — uśmiechał się mąż.

Wierzyłam, że jesteśmy drużyną.
Teściowa często zaglądała. Oglądała wszystko uważnie, dotykała, komentowała.
— Oj, teraz to macie wszystko nowe — mówiła. — Kiedyś to dzieci się wychowywało w tym, co było.
Nie odpowiadałam. Myślałam, że to tylko gadanie.
Kilka tygodni przed moim terminem zadzwonił telefon.
— Mama mówi, że moja siostra urodziła — powiedział mąż.
— Już? — zdziwiłam się. — Przecież miała rodzić później niż ja.
— No widzisz, tak wyszło.
— To dobrze, niech mała będzie zdrowa — odpowiedziałam szczerze.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to dopiero początek.
Następnego dnia wróciłam z wizyty u lekarza i od razu poczułam, że coś jest nie tak. W pokoju dziecięcym było… pusto. Nie całkiem,
ale zdecydowanie za pusto.
— Gdzie jest wózek? — zapytałam, czując, jak ściska mnie w żołądku.
— Zabrałem go — odpowiedział mąż z kuchni.
— Jak to zabrałeś? Dokąd?
Wyszedł do mnie spokojny, jakby mówił o chlebie.
— Do mojej siostry. Ona urodziła wcześniej.
Zrobiło mi się słabo.
— A łóżeczko? Ubranka? Kocyk od mojej mamy?
— Też. Przecież i tak jeszcze nie rodziłaś.
Patrzyłam na niego w milczeniu, próbując zrozumieć.
— Ale to są rzeczy dla naszego dziecka — powiedziałam w końcu.
— Cóż ci żal? — wzruszył ramionami. — Niech jej dziecko trochę to ponosi. Kupimy nowe.
— Za co? — zapytałam cicho.
— Jakoś się znajdzie — machnął ręką. — Mama powiedziała, że tak będzie sprawiedliwie.
To zdanie bolało najbardziej.
— Czy ktoś mnie w ogóle zapytał? — głos mi drżał.
— Nie przesadzaj — westchnął. — To tylko rzeczy.
Tylko rzeczy.
A dla mnie to były pierwsze decyzje matki. Pierwsze przygotowania. Poczucie bezpieczeństwa.
Usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko.
— Ja się boję — powiedziałam przez łzy. — Za kilka tygodni urodzę, a nie mam nic.
— Masz mnie — odpowiedział, ale zabrzmiało to pusto.
Wieczorem zadzwoniła teściowa.
— Dziękuję wam — powiedziała zadowolona. — Moja córka była taka wzruszona. Dziecko w porządnym wózku, a nie byle czym.
— A moje? — zapytałam cicho.
— Twoje też coś dostanie — odparła. — Nie bądź taka materialistka.
Po tej rozmowie coś we mnie pękło.
Zrozumiałam, że w tej rodzinie zawsze będę „tą, która może poczekać”. Tą, której potrzeby są mniej pilne. Tą, która powinna się
poświęcić, bo inni „bardziej potrzebują”.
Dziś nasze dziecko śpi w nowym łóżeczku. W nowych ubrankach. Ale ja już nie jestem tą samą kobietą.
Bo kiedy po raz pierwszy ktoś zabrał coś mojemu dziecku jeszcze przed jego narodzinami, zrozumiałam, że muszę nauczyć się jednego:
mówić „nie”. Nawet jeśli komuś wyda się to egoizmem.
Bo macierzyństwo zaczyna się od ochrony. Nawet przed własną rodziną.