Matka mojego męża uważała, że skoro zostałam jej synową, automatycznie stałam się jej pomocą domową. Codziennie. Bez wyjątków.
I bez prawa do zmęczenia. A najgorsze było to, że cokolwiek robiłam, zawsze było źle.
— Przyjdziesz dziś po pracy? — pytała już rano, zanim zdążyłam napić się kawy.
— Postaram się — odpowiadałam ostrożnie, bo wiedziałam, że każda inna odpowiedź oznacza awanturę.
— Postaram się to za mało — ucinała. — Ja w twoim wieku wszystko ogarniałam i jeszcze miałam czas dla rodziny.

Mieszkała dwie ulice dalej. Sama. Zdrowa, sprawna, z energią, której mogłabym jej pozazdrościć. Ale odkąd jej syn się ze mną ożenił,
uznała, że moje obowiązki są oczywiste.
— Jesteś teraz rodziną — mówiła. — Rodzina sobie pomaga.
Pomoc szybko zamieniła się w codzienny obowiązek. Odkurzanie, mycie podłóg, okien, szafek. Pranie. Gotowanie. A ona chodziła za mną krok w krok i komentowała.
— Tutaj zostały smugi.
— Zupę za słono posoliłaś.
— Ja bym to zrobiła szybciej.
Pierwsze miesiące milczałam. Chciałam być dobrą synową. Taką, o której mówi się z dumą.
— Zobacz, jaka ona pracowita — miała mówić sąsiadkom.
Nie mówiła.
— Mój syn mógł trafić lepiej — usłyszałam kiedyś, kiedy myła kubek, który przed chwilą umyłam ja. — Dziewczyna powinna wiedzieć, jak
się prowadzi dom.
Zabolało. Ale jeszcze bardziej zabolało to, że mąż nigdy nie reagował.
— Mamo, daj spokój — rzucał czasem bez przekonania.
— Ja tylko mówię prawdę — odpowiadała. — A prawda boli.
Najgorzej było, gdy wracałam zmęczona po pracy. Marzyłam tylko o tym, żeby usiąść na chwilę w ciszy. Telefon dzwonił punktualnie.
— Gdzie jesteś?
— Dopiero wyszłam z biura.
— A obiad? Przecież mówiłam, że dziś trzeba zrobić porządek w spiżarni.
Któregoś dnia nie wytrzymałam.
— Nie przyjdę dziś — powiedziałam cicho. — Źle się czuję.
— Każdy się źle czuje — prychnęła. — Ale obowiązki są obowiązkami.
Wieczorem powiedziałam mężowi, że tak dłużej nie dam rady.
— Twoja mama traktuje mnie jak służącą — wyszeptałam.
— Przesadzasz — odpowiedział. — Ona po prostu ma swoje przyzwyczajenia.
Wtedy zrozumiałam, że jestem w tym sama.
Kilka dni później znów sprzątałam u niej kuchnię. Stara szafka skrzypiała, podłoga była czysta, aż pachniała. Spojrzała na wszystko z
dezaprobatą.
— Wiesz co — powiedziała nagle. — Gdybym wiedziała, że mam taką leniwą synową, odradziłabym synowi to małżeństwo.
Zamarłam. Ręce zaczęły mi drżeć.
— Słucham?
— Prawda jest taka, że ty się do tego nie nadajesz — ciągnęła spokojnie. — Mój syn zasługuje na lepszą kobietę.
Odłożyłam ścierkę. Powoli. Spojrzałam jej w oczy.
— To ja przestanę tu przychodzić — powiedziałam.
Roześmiała się krótko.
— Ciekawe, co na to mój syn.
— Dowie się — odpowiedziałam. — I tym razem nie będę milczeć.
W domu powiedziałam wszystko. Bez płaczu. Bez krzyku.
— Albo postawisz granice, albo ja to zrobię — powiedziałam mężowi. — Ale już nie kosztem siebie.
Był zaskoczony. Może pierwszy raz zobaczył, że nie żartuję.
Od tamtej pory nie sprzątam u teściowej. Nie chodzę tam codziennie. A ona? Nadal uważa, że wie najlepiej. Tyle że już nie ma nade mną władzy.
Dziś wiem jedno: bycie dobrą synową nie oznacza bycia posłuszną i cichą. A miłość do męża nie powinna wymagać codziennego poświęcania własnej godności.
Bo leniwa synowa to często po prostu kobieta, która w końcu nauczyła się mówić „dość”.