„Odchodzę od ciebie, jesteśmy zbyt różni” — powiedział mi mój mąż, zajadając się sałatką i kotletem schabowym, jakby ogłaszał zmianę planów na weekend.
Spojrzałam na niego wtedy i… poczułam ulgę. Prawdziwą. Bo miałam już dość słuchania, że nie jestem godna takiego „księcia”.
Siedzieliśmy przy kuchennym stole, tym samym, przy którym przez lata jadłam z nim śniadania, kolacje i przełykałam własne słowa.
On kroił kotleta, ja mieszałam herbatę, choć cukier dawno się rozpuścił.
— Przemyślałem wszystko — powiedział z pełnymi ustami. — My po prostu do siebie nie pasujemy.

Nie podniósł nawet wzroku. Jakby bał się, że zobaczy w moich oczach łzy. Tyle że ich nie było.
Poznaliśmy się dawno temu. On zawsze lubił mówić o sobie „inny niż wszyscy”. Wysublimowany gust, ambitne plany, wielkie słowa.
— Nie jestem zwyczajny — powtarzał. — Ja wiem, czego chcę od życia.
A ja? Ja byłam „zbyt prosta”. Tak mówił żartem, ale te żarty zostają w głowie na długo.
— Ty byś mogła całe życie na wsi spędzić i byłoby ci dobrze — śmiał się. — A ja potrzebuję czegoś więcej.
Mimo to pobraliśmy się. Myślałam, że miłość to wystarczy. Że z czasem przestanie mnie poprawiać, pouczać, uczyć „lepszego życia”.
Nie przestał.
— Tak się nie zachowuje dama.
— Tak się nie mówi przy ludziach.
— Gdybyś była bardziej… wiesz… na poziomie, to wyglądałoby inaczej.
Zawsze brakowało mi czegoś, czego on nie potrafił jasno nazwać. Czasem była to sukienka, czasem sposób mówienia, czasem moje
pochodzenie.
— Nie obraź się — mówił. — Ale moja rodzina jest trochę z innego świata.
Przy jego rodzicach siedziałam cicho. Słuchałam, jak opowiadają o podróżach, winach, restauracjach, do których „trzeba dorosnąć”.
— A ty co czytasz? — pytała jego matka.
— Różne rzeczy — odpowiadałam.
— Ach… — wzdychała. — Mój syn zawsze był taki wymagający.
W domu mąż podsumowywał:
— Musisz się jeszcze trochę podszkolić. Ja cię przecież prowadzę.
Prowadził. Jak nauczyciel niesforne dziecko. Jak książę kobietę, która powinna być wdzięczna, że ją wybrał.
A ja się starałam. Bardziej, ciszej, uważniej. Przestałam mówić, co myślę. Przestałam zapraszać swoje koleżanki. Przestałam być sobą,
choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo.
Aż do tego dnia w kuchni.
— Odchodzę — powtórzył. — Zasługuję na kogoś, kto mnie zrozumie.
— Rozumiem — odpowiedziałam spokojnie.
Podniósł wzrok, zdziwiony.
— To wszystko? Nie zapytasz dlaczego?
— A po co? — wzruszyłam ramionami. — I tak zawsze wiedziałeś lepiej.
Przełknął kęs.
— Wiesz, nie chcę cię ranić. Ale ty nigdy nie dorosłaś do mojego świata.
Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od dawna szczerze.
— A ja w końcu zrozumiałam, że nie chcę do niego dorastać.
Zamilkł. Chyba pierwszy raz nie miał gotowej riposty.
Kiedy wyszedł, usiadłam na kanapie. Cisza była głośna, ale nie straszna. Nikt nie poprawiał mojej postawy. Nikt nie komentował, co
jem, jak mówię, kim jestem.
Wieczorem zadzwoniła koleżanka.
— I jak? — zapytała ostrożnie.
— Odszedł — powiedziałam.
— Boże… tak mi przykro.
Spojrzałam na swoje odbicie w ciemnym oknie.
— Nie — odpowiedziałam. — Jest mi lekko.
Minęły tygodnie. Potem miesiące. Zaczęłam robić rzeczy, które kiedyś były „nie na poziomie”. Śmiać się głośno. Gotować to, co lubię.
Zapraszać ludzi, przy których nie muszę udawać.
Czasem słyszę o nim od wspólnych znajomych.
— Nadal szuka tej idealnej — mówią. — Takiej, która będzie pasować.
A ja już wiem, że nie chcę pasować do czyjejś wizji. Chcę być sobą. Nawet jeśli nie jestem księżniczką z bajki.
Bo życie bez księcia, który codziennie przypomina, że nie jesteś dość dobra, smakuje o wiele lepiej. Nawet bez sałatek i kotletów
przy stole.