Mam dwóch braci i oni żyją dobrze: mają mieszkania, samochody, a ja nie. Jednak tylko do mnie mama dzwoni codziennie i prosi, żebym przyniósł jej chleb i pomógł jej

„Mają mieszkania, samochody, dobre życie… a ja? Ja mam tylko ten telefon i codzienne prośby mojej mamy: „Przynieś chleb, pomóż, przyjdź”…” — tak zaczęła się jedna z najtrudniejszych rozmów mojego życia.

Mam dwóch braci. Starszy, który kupił własne mieszkanie jeszcze zanim skończył trzydzieści lat. Młodszy, który prowadzi samochód, o jakim ja nawet nie śmiałam marzyć.

Oboje żyją „dobrze”, jak się mówi — stabilnie, wygodnie, bez zmartwień większych niż „gdzie spędzić wakacje”.

A ja? Ja mam pracę na pół etatu, wynajmowane mieszkanie i… telefon, który dzwoni co wieczór.

— Mamo, co tym razem? — odebrałam pewnego wieczoru, gdy ledwo weszłam do domu.

Screen IStockphoto

— Twoja mama dzwoni… mówi, że brak chleba — usłyszałam z drugiej strony męski głos.

Był to mój młodszy brat, przekazujący wiadomość tak, jakby mówił o zakupach, które „mogą poczekać”.

— Tak, wiem — odpowiedziałam — Ale mogę przyjść dziś i przynieść chleb. Pracuję blisko.
W słuchawce cisza.

— No dobrze… tylko postaraj się, kochanie… — odezwała się potem mama, jakby za każdym razem powtarzała te same słowa.

Zamknęłam oczy i poczułam ciężar tego powtarzającego się rytuału. Nie mam nic przeciwko temu, żeby pomagać mamie — nigdy nie miałam — ale to, że tylko do mnie mama dzwoni codziennie, zaczynało mnie przytłaczać.

Pewnego dnia moja przyjaciółka zaprosiła mnie na kawę.

— Nie rozumiem — powiedziała — skoro masz dwóch braci, czemu mama zawsze prosi tylko ciebie?

Spojrzałam na nią bezradnie.

— Bo… po prostu ja jestem najbliżej? Albo może myśli, że tylko ja mam czas? — odparłam, choć w środku wiedziałam, że to nie do końca prawda.

Minął tydzień. I znów ten telefon.

— Brakuje chleba. Przyjdziesz? — padły te same proste słowa.

Wtedy zadzwoniłam do młodszego brata:

— Słuchaj, mama znowu prosi, żebym przyniósł chleb.

— To idź — odpowiedział od niechcenia.

— Ale dlaczego to zawsze ja? — zapytałam w końcu.

W jego głosie zabrzmiał śmiech, który nie był śmiechem zrozumienia.

— Bo ty zawsze masz czas. My nie mamy.

To były słowa, które zatopiły w moim sercu coś głębiej niż zwykła irytacja. Bo ja też nie mam wieczami czasu „na spokojnie”. Ja też wracam zmęczona, ja też miałam marzenia o spokoju i odpoczynku.

Wieczorem zadzwoniłam do mamy i powiedziałam coś, czego długo nie mogłam wypowiedzieć:

— Mamo… dlaczego dzwonisz tylko do mnie?

Po drugiej stronie panowała dłuższa cisza.

— Bo ty zawsze przychodzisz… — usłyszałam w końcu. — A twoi bracia… oni mają swoje życia.

— Mamusia… oni mogą przyjść innym razem — odpowiedziałam — ale dlaczego nikt inny nie pomaga? Ja też mam życie, pracę, obowiązki. Nie jestem twoim osobistym dostawcą chleba… i czasu.

Te słowa zabrzmiały jak kamień wrzucony do cichego jeziora — fale rozeszły się daleko, ale nikt nie wiedział, jakie będą konsekwencje.

Następnego dnia odwiedziłam braci. Młodszy był zajęty swoim nowym samochodem, starszy przeglądał plany wakacyjne.

— Cześć — powiedziałam — musimy pogadać o mamie.

— O co chodzi? — zapytał starszy, jakby mówił o rachunkach do zapłacenia.

— Mamo ciągle do mnie dzwoni, tylko do mnie. Prosi o chleb, o pomoc. A wy? Dlaczego nikt inny nie dzwoni?

Bracia spojrzeli na siebie. I… cisza. Tak długa, jakby nie umieli znaleźć odpowiedzi.

Wtedy młodszy w końcu odezwał się:

— Nie wiedzieliśmy, że ci to przeszkadza… — szepnął.

— No właśnie… nie wiedzieliście — odpowiedziałam — bo nigdy o to nie pytałeś. Nikt tu nie zapytał, jak ja się z tym czuję.

To była prawda, którą nikt wcześniej nie wypowiedział na głos. Wszyscy wiedzieliśmy, że mama potrzebuje pomocy, ale nikt się nie zastanawiał, jak to wpływa na mnie — na mnie, która dzień w dzień odbiera telefon i biegnie jak posłaniec bez przerwy.

Powiedziałam im coś, czego nie spodziewali się usłyszeć:

— Pomaganie mamie to jedno. Ale robienie z jednego członka rodziny codziennej pomocy w każdej sprawie… to coś innego. Mama potrzebuje
wsparcia całej rodziny, nie tylko mnie.

Bracia spojrzeli po sobie. W ich oczach pojawiło się coś, czego dawno nie widziałam — refleksja. W końcu starszy westchnął:

— Może… powinniśmy zadzwonić do mamy wszyscy razem i zaproponować plan pomocy. Żeby ty nie robiła tego sama.

To były słowa, które zabrzmiały jak nadzieja. Jak pierwszy mały krok do równowagi, o której marzyłam już od dawna.

Wieczorem zebraliśmy się razem. Ja, mama, obaj bracia. I zaproponowałam coś, co wydawało się proste, ale było ważne:

— Od dziś każdy z nas będzie dzwonił do mamy — nie tylko ja. I nie chodzi o chleb. Chodzi o obecność. O to, żeby mama wiedziała, że jest dla nas wszystkich ważna, a nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje dostawy.

Wtedy mama spojrzała na mnie z łzami w oczach i powiedziała:

— Dziękuję… bo ty zawsze byłaś najbliżej.

A ja spojrzałam na moich braci i poczułam, że prawdziwa pomoc to nie jednostronna troska — to wspólna troska. Bo rodzina to nie tylko kto przychodzi po chleb, ale kto dzieli ze sobą życie.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby odwiedzali mnie wnuki, ale kiedy są tutaj, zjadają mi w ciągu kilku dni całe miesięczne zapasy z lodówki, a dzieci mi nie pomagają

Moja synowa nic nie robi, tylko siedzi przy telefonie. Dzisiaj przyszłam i zobaczyłam, że nawet kolacja nie jest gotowa, a kiedy zwróciłam jej uwagę, usłyszałam: „Proszę sobie tam rządzić, a ja sama się zorientuję, co mam tutaj robić”

Moja synowa oświadczyła, że w wieku 45 lat chce urodzić trzecie dziecko. Powiedziałam synowi, że mam już dość, bo wychowałam już dwoje wnucząt