Kiedy byłam dzieckiem, nie rozumiałam, dlaczego tata nagle zniknął z naszego życia. Po prostu pewnego dnia spakował swoje rzeczy, powiedział mamie kilka suchych zdań, nawet na mnie nie spojrzał i zamknął za sobą drzwi.
Pamiętam tylko ciszę, która została po nim, i mamę siedzącą przy stole z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Myślałam wtedy, że tata wyjechał na chwilę. Że wróci.
Nie wrócił. Zimą najbardziej bolały mnie buty. A raczej ich brak. Mama mówiła, że jeszcze trochę wytrzymają, że damy radę.
Chodziłam więc do szkoły w starych, przemoczonych, z popękaną podeszwą. Śnieg wciskał się do środka, a ja udawałam przed koleżankami, że tak ma być.
Wstydziłam się powiedzieć, że mój tata nawet nie pomyślał, żeby kupić mi zimowe buty.

„A tata?” — pytali czasem nauczyciele.
„Nie ma” — odpowiadałam krótko.
Mama pracowała więcej, niż powinna. Wracała zmęczona, ale nigdy nie narzekała. Tylko raz powiedziała przez zaciśnięte zęby: „On miał swoje życie ważniejsze od nas”. Wtedy nie do końca to rozumiałam. Dziś rozumiem aż za dobrze.
Lata mijały. Dorastałam bez ojca, bez jego obecności na szkolnych uroczystościach, bez rozmów, bez rad. Nie dzwonił. Nie pisał.
Nie pytał, czy żyję, czy jestem zdrowa, czy mam co jeść. Byłam dla niego kimś z przeszłości, niewygodnym wspomnieniem.
Aż nagle się odezwał.
Telefon zadzwonił w zwykły dzień. Nie poznałam numeru.
„To ja, tata” — usłyszałam po drugiej stronie.
Zamilkłam. Przez kilka sekund nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu.
„Dawno się nie odzywałeś” — powiedziałam w końcu chłodno.
„Wiem” — odpowiedział. „Dużo się wydarzyło”.
Dużo. U niego. Nie u mnie.
Powiedział, że jest chory. Że potrzebuje pomocy. Że jest sam. Że nie ma nikogo, kto mógłby się nim zająć.
Mówił szybko, jakby bał się, że przerwę. W końcu padło zdanie, które utkwiło mi w głowie: „Jesteś moją córką, powinnyśmy trzymać się razem”.
Powinnyśmy.
„A pamiętasz, jak mnie potraktowałeś?” — zapytałam cicho.
Zapadła cisza.
„To było dawno” — powiedział po chwili.
„Dla mnie nie” — odpowiedziałam.
Przed oczami stanęła mi tamta zima. Mokre skarpetki, zmarznięte palce, dzieci śmiejące się na przerwie. Mama licząca pieniądze przy
kuchennym stole. I on — gdzieś daleko, zajęty swoim nowym życiem.
Spotkaliśmy się po latach. Siedział naprzeciwko mnie, postarzały, zmęczony. Patrzył na mnie tak, jakby próbował odnaleźć w mojej
twarzy dziecko, które zostawił.
„Myślałem, że dasz radę” — powiedział nagle.
„Miałam wybór?” — zapytałam.
Poprosił mnie, żebym się nim zajęła. Żebym przychodziła, gotowała, pomagała w codziennych sprawach. Mówił: „Teraz jesteś dorosła,
silna”. Nie zapytał, czy chcę. Założył, że powinnam.
Wróciłam do domu z ciężarem na sercu. Przez całą noc nie spałam. Myślałam o tym, czym jest obowiązek, a czym sprawiedliwość.
Czy fakt, że jest moim ojcem, wymazuje wszystkie lata jego nieobecności? Czy mam obowiązek ratować kogoś, kto nigdy nie ratował mnie?
Mama spojrzała na mnie rano i powiedziała tylko: „Nie musisz płacić za cudze sumienie”.
I wtedy zrozumiałam, że mam prawo powiedzieć „nie”. Że opieka nie jest długiem, który dziecko musi spłacać za każde porzucenie. Że miłość nie rodzi się z poczucia winy.
Zadzwoniłam do niego.
„Nie mogę” — powiedziałam spokojnie.
„Jak to?” — zdziwił się.
„Tak, jak ty kiedyś nie mogłeś dla mnie”.
Odłożyłam słuchawkę z drżącymi rękami. Bolało. Nadal boli. Ale po raz pierwszy w życiu poczułam, że nie jestem już tą dziewczynką w
starych zimowych butach. Że mam prawo pamiętać. I mam prawo nie zapominać.