Mój mąż i ja często odwiedzamy moją babcię. Od lat to jest nasz rytuał — w sobotę po południu pakujemy torby, a ja za każdym razem starannie wybieram rzeczy, żeby babcia ładnie wyglądała.
Nowy sweter, ciepły szalik, czasem bluzka w drobne kwiaty, bo wiem, że kiedyś takie lubiła. Do tego produkty: masło, ser, owoce, coś słodkiego do herbaty. Robię to z myślą, że choć trochę sprawię jej radość, że poczuje się zaopiekowana.
„Po co tyle kupujesz?” — pyta mój mąż, gdy zamykam torby.
„Bo ona już sama sobie nie pozwala na nic” — odpowiadam zawsze tak samo.
Babcia mieszka w starym domu, gdzie wszystko pachnie dawnymi czasami — mydłem, herbatą z cytryną i drewnem. Kiedy wchodzimy, zawsze się cieszy.

Prostuje się, poprawia włosy, mówi: „O, przyszliście”, jakbyśmy byli zapowiedzią czegoś dobrego. Rozkładam rzeczy na stole, pokazuję jej nowy sweter, przykładam do niej, pytam: „Podoba się?”.
„Ładny” — odpowiada krótko.
Za krótko.
Na początku nie zwracałam na to uwagi. Myślałam, że to starość, że nie chce się przebierać, że odkłada „na później”. Aż któregoś dnia, zupełnie przypadkiem, zajrzałam do skrzyni stojącej w jej sypialni. Stała zawsze zamknięta, ciężka, z metalowymi okuciami.
Babcia mówiła, że trzyma tam stare pamiątki.
Otworzyłam ją tylko na chwilę. I zamarłam. W środku leżały wszystkie rzeczy, które jej przynosiliśmy. Swetry jeszcze z metkami, bluzki starannie złożone, szaliki nietknięte. Jakby ktoś gromadził nie ubrania, tylko dowody troski, których nie chciał używać.
„Babciu, dlaczego ty tego nie nosisz?” — zapytałam później, starając się mówić spokojnie.
Spojrzała na mnie uważnie, zbyt uważnie.
„Bo szkoda” — odpowiedziała. „Jeszcze się przyda”.
Tego samego dnia zauważyłam coś jeszcze. Produkty, które jej przynosiliśmy, znikały szybciej, niż powinny. Masła nie było, owoców też.
A ona sama jadła skromnie, jak zawsze. Zaczęłam się zastanawiać, aż w końcu zobaczyłam przez okno, jak wychodzi z torbą i idzie
do sąsiadki.
„Babciu, oddajesz jej jedzenie?” — zapytałam wprost następnym razem.
„Ona ma gorzej” — powiedziała cicho. „Ma chorego męża”.
„Ale ty też nie masz lekko” — odpowiedziałam, czując narastającą złość.
„Ja już swoje przeżyłam” — ucięła rozmowę.
Wróciliśmy do domu w milczeniu.
„Nie rozumiem jej” — powiedziałam do męża. „Po co jej te rzeczy, skoro ich nie używa? Po co oddaje jedzenie, skoro sama ma niewiele?”
„Może to jej sposób na poczucie, że jeszcze coś znaczy” — odpowiedział spokojnie.
Te słowa siedziały mi w głowie przez wiele dni. Zaczęłam patrzeć na babcię inaczej. Zauważyłam, że zawsze chce wyglądać „porządnie”, ale nie „ładnie”.
Że odkłada wszystko, co nowe, jakby bała się, że nie zasługuje. Że cieszy się bardziej z tego, że może komuś coś dać, niż z tego, że sama coś dostaje.
„Dlaczego chowasz te rzeczy?” — zapytałam ją w końcu jeszcze raz.
Westchnęła ciężko.
„Bo kiedy byłam młoda, też odkładałam” — powiedziała. „Na lepsze czasy. A potem te czasy nigdy nie przyszły”.
Zrozumiałam wtedy coś, co uderzyło mnie boleśnie. Przynosząc jej te wszystkie rzeczy, chciałam naprawić przeszłość. Jej biedę, jej
wyrzeczenia, jej życie, w którym zawsze była dla innych.
A ona nadal żyła według tych samych zasad — nie brać, nie używać, oddać komuś, komu „bardziej potrzeba”.
Od tamtej pory przestałam kupować jej ubrania „na zapas”. Zamiast tego siadam z nią przy stole. Pijemy herbatę. Rozmawiamy. A kiedy przynoszę jedzenie, mówię: „To jest dla ciebie. Nie dla sąsiadki. Dla ciebie”.
Czasem widzę, jak zerka na skrzynię. Nadal ją ma. Nadal chowa tam swoje skarby. Ale coraz częściej widzę ją w swetrze, który jej kupiłam.
I wtedy myślę, że największym problemem nie jest to, że oddaje rzeczy innym. Tylko to, że przez całe życie nikt jej nie nauczył, że ona też ma prawo brać.