Mieszkamy z mężem już od 5 lat i nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam, ponieważ wymaga on, abym przygotowywała wszystko na świeżo, bez podgrzewania, i przynosiła mu kawę, gdy się budzi, a ja nie jestem służącą

Mieszkamy z mężem już pięć lat, a ja coraz częściej łapię się na myśli, że nie wiem, jak długo jeszcze dam radę.

Kiedyś wydawało mi się, że to drobiazgi, że każda rodzina ma swoje przyzwyczajenia, że trzeba się dotrzeć.

Dziś budzę się rano z ciężarem w klatce piersiowej, bo wiem, że za chwilę znów usłyszę: „Gdzie jest kawa?” I to nie pytanie. To polecenie.

On budzi się zawsze o tej samej porze. Ja często wcześniej, bo zanim otworzy oczy, muszę już być w kuchni. Kawa ma być świeżo mielona, żadnej rozpuszczalnej, żadnego wczorajszego zapachu.

„Podgrzewane jedzenie traci smak” – powtarza jak mantrę. Zupa z dnia poprzedniego? „Nie dam tego do ust”. Mięso? „To już nie to samo”.

Screen IStockphoto

Nawet naleśniki, jeśli usmażone wcześniej, są według niego nie do przyjęcia. „Czy ja proszę o coś niemożliwego?” – pyta, patrząc na mnie z wyrzutem, jakbym naprawdę była winna.

Na początku starałam się. Chciałam być dobrą żoną. Gotowałam codziennie od nowa, nawet jeśli wracałam zmęczona z pracy.

Kiedyś zapytałam nieśmiało: „Może dziś odgrzejemy wczorajsze? Jestem naprawdę wykończona”. Spojrzał na mnie chłodno. „Skoro nie chcesz dbać o dom, to po co ci mąż?” – odpowiedział. Te słowa długo dźwięczały mi w uszach.

Najbardziej boli poranek. Leży jeszcze w łóżku, przeciąga się i woła: „Zrób kawę i przynieś”. Nie „proszę”, nie „czy mogłabyś”. Po prostu: przynieś.

Kiedy raz nie przyszłam od razu, bo byłam pod prysznicem, usłyszałam: „Ile można czekać? Inne kobiety potrafią się zorganizować”. Inne kobiety. Zawsze one. Idealne, bez zmęczenia, bez własnych potrzeb.

Próbowałam rozmawiać. Naprawdę. „Nie czuję się dobrze w tej roli” – powiedziałam pewnego wieczoru. „Jestem twoją żoną, nie służącą”.

Zaśmiał się krótko. „Przesadzasz. Każda normalna żona tak robi”. Wtedy coś we mnie pękło. Bo jeśli to jest normalność, to ja chyba
już nie chcę być normalna.

Zaczęłam zauważać, jak bardzo wszystko kręci się wokół niego. Jego rytmu dnia, jego apetytu, jego humoru. Jeśli kolacja była idealna – cisza.

Jeśli coś mu nie pasowało – komentarze, westchnienia, demonstracyjne odsuwanie talerza. „Moja matka nigdy by tak nie podała” – rzucił kiedyś mimochodem. A ja pomyślałam, że może rzeczywiście szukał nie żony, tylko drugiej matki.

Kilka dni temu wydarzyło się coś, co otworzyło mi oczy do końca. Wróciłam późno, zmęczona, z bólem głowy. W lodówce była zupa, ugotowana dzień wcześniej.

Postawiłam ją na stole. „Odgrzana?” – zapytał z niesmakiem. „Tak” – odpowiedziałam spokojnie. „Nie będę tego jadł” – stwierdził.

Wtedy spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam: „To nie jedz”. Zamarł. „Jak to?” – zapytał. „Normalnie. Ja też mam prawo być zmęczona”.

Była cisza. Długa, ciężka. „Zmieniłaś się” – powiedział w końcu. „Nie” – odpowiedziałam. „Po prostu przestałam udawać, że to mnie nie boli”.

Tej nocy po raz pierwszy od dawna zasnęłam spokojnie, mimo że on leżał odwrócony plecami.

Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Wiem tylko, że pięć lat życia nauczyło mnie jednego: miłość to nie świeża kawa o świcie i nie codziennie gotowany obiad.

Miłość to szacunek. A jeśli ktoś traktuje cię jak część wyposażenia kuchni, to może najwyższy czas zapytać samą siebie, czy naprawdę po to wychodziłaś za mąż. Bo ja już wiem jedno – nie jestem służącą. I nie chcę dłużej nią być.

Kiedy znalazłam list mojego męża, zrozumiałam, że w jego życiu oprócz mnie jest jeszcze jedna kobieta. Przeczytałam, że zamierza oddać jej mieszkanie, które obiecał naszemu synowi

Syn pojawia się u mnie tylko wtedy, gdy coś potrzebuje. Wczoraj mówił, że nie ma komu opiekować się wnuczką, a dzisiaj przyjechał po jedzenie, bo żona nic nie przygotowała

Nie podoba mi się, że moja synowa cały czas siedzi w domu, długo śpi i ciągle odpoczywa z koleżankami. Kiedy powiedziałam o tym synowi, odpowiedział krótko: „Mamo, nie wtrącaj się, mam własną rodzinę”