Przez długi czas wmawiałam sobie, że przesadzam. Że to tylko etap. Że każda rodzina ma swoje dziwactwa, a relacja mojego męża z jego mamą po prostu jest „bliska”.
Przecież nie miałam dwudziestu lat, tylko czterdzieści dwa, kiedy wychodziłam za mąż. On miał czterdzieści pięć.
Myślałam, że w tym wieku mężczyzna wie już, kim jest i gdzie jest jego miejsce. Jak bardzo się myliłam.
Na początku było wręcz uroczo.
— Mama zawsze robiła najlepszy rosół — mówił z uśmiechem.

— Mama zna się na ludziach.
— Mama by tak nie zrobiła.
Słuchałam tego z lekkim rozbawieniem. Każdy ma wspomnienia z dzieciństwa, każdy idealizuje rodziców. Nie widziałam w tym zagrożenia.
Dopiero później zrozumiałam, że w naszym małżeństwie nigdy nie byłam na pierwszym miejscu. Nawet na drugim. Czasem miałam wrażenie, że jestem dodatkiem do ich duetu.
Zaczęło się niepostrzeżenie. Jego mama dzwoniła coraz częściej. Nie w sprawach ważnych, nie pilnych.
— A co dziś jedliście?
— A dlaczego ona tak się ubiera?
— A ty jesteś pewien, że ona cię rozumie?
Początkowo mówił mi o tym mimochodem.
— Mama się martwi.
— Mama chce dobrze.
— Mama mówi, że powinnaś więcej odpoczywać… w domu.
Zaczęłam czuć, że coś jest nie tak, kiedy nasze rozmowy coraz częściej kończyły się jednym zdaniem:
— Mama uważa inaczej.
Jakby jej zdanie miało większą wagę niż moje. Jakby to ona była jego partnerką, a ja tylko kimś, kto chwilowo zajmuje miejsce obok.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym coś we mnie pękło. Siedzieliśmy w kuchni, między zlewem a lodówką, dokładnie tam, gdzie rozgrywają
się najważniejsze rozmowy.
Powiedziałam spokojnie, że chciałabym pojechać na weekend tylko we dwoje. Bez planów, bez telefonów, bez
wizyt. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
— Mama mówi, że to egoizm.
— Słucham?
— No bo ona jest sama. A ty chcesz mnie zabrać.
„Zabrać”. Jakbym była złodziejką. Jakbym kradła jej coś, co należało do niej.
Z czasem zauważyłam, że decyzje, które kiedyś podejmowaliśmy razem, zaczęły zapadać… gdzie indziej.
— Mama radzi, żebyśmy tak nie robili.
— Mama uważa, że to nie jest dobry moment.
— Mama powiedziała, że lepiej, żebym sam pojechał.
A ja? Ja miałam się dostosować. Być cicha, wyrozumiała, dorosła.
— Przecież wiesz, jaka ona jest — mówił, gdy próbowałam rozmawiać.
— Przesadzasz.
— Robisz problem z niczego.
Najbardziej bolało mnie to, że zaczął mnie od niej oddzielać. Coraz częściej słyszałam:
— Mama nie musi o tym wiedzieć.
— Lepiej, żebyś tam nie przychodziła.
— Ona cię źle odbiera.
Jakby to była moja wina. Jakby to ja nie pasowałam do ich świata.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę, której nie powinnam była słyszeć. Stałam w przedpokoju, on był w pokoju obok, rozmawiał przez telefon.
— Tak, mamo… ona znowu coś wymyśla… nie, nie martw się, nie pozwolę jej mnie odsunąć… wiem, że tylko ty mnie naprawdę rozumiesz.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Nie krzyczałam. Nie weszłam do pokoju. Po prostu usiadłam na brzegu łóżka i zrozumiałam,
że w tym małżeństwie jestem sama.
Kiedy spróbowałam ostatni raz postawić granice, spojrzał na mnie chłodno.
— Mama mówi, że zmieniasz mnie na gorsze.
— A ty co myślisz? — zapytałam.
Milczał.
To milczenie powiedziało mi wszystko.
Nie było wielkiej awantury. Nie było dramatycznych scen. Było jedno zdanie, wypowiedziane cicho, ale pewnie:
— Nie chcę być trzecią osobą w twoim życiu.
Spojrzał na mnie, jakby nie rozumiał.
— Przesadzasz.
— Nie. Ja wreszcie widzę jasno.
Rozstaliśmy się spokojnie, niemal chłodno. On wrócił do mamy. Dosłownie.
— Tam jest mój dom — powiedział.
Zostałam sama, ale po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Ciszę. Przestrzeń. Brak telefonów z pytaniami, brak cudzych opinii o moim
życiu.
Dziś wiem jedno: maminsynek nie przestaje nim być z wiekiem. Czasem wręcz przeciwnie — im starszy, tym mocniej trzyma się spódnicy,
która daje mu poczucie bezpieczeństwa.
A ja?
Ja nie chciałam konkurować z jego matką.
Chciałam być żoną. Partnerką. Kobietą.
I dopiero kiedy odeszłam, zrozumiałam, że to była jedyna słuszna decyzja.