Mam dwoje dzieci: syna i córkę. Syn ożenił się kilka lat temu i byłam szczęśliwa, że w naszej rodzinie pojawiła się kolejna kobieta – moja synowa.
Wydawała mi się dobrą, wrażliwą, troskliwą matką i szczerze cieszyłam się, że wnuki dorastają w miłości.
Utrzymywałyśmy dobre relacje: zawsze przychodziłam pomóc, gdy trzeba było popilnować dzieci, odebrać je ze szkoły lub przedszkola, przygotować obiad.
Oczywiście zgodziłam się. Kocham swoje wnuki ponad wszystko, a pomaganie dzieciom to święta sprawa.
Zostawiła telefon na stole, bo się spieszyła, i powiedziała:— Jeśli ktoś będzie dzwonił, odbierz, wkrótce wrócę.
Dzieci bawiły się, ja przygotowywałam obiad i wszystko było jak zwykle. Ale los postanowił inaczej.
Telefon zadzwonił, a na ekranie pojawiła się wiadomość. Na początku nie chciałam patrzeć – bo to nie moja sprawa.
Ale rzucał się w oczy fragment tekstu: „Czekam na ciebie, kochana, obiecałaś, że dzisiaj znajdziesz czas”
Zrobiło mi się zimno. Nie wierzyłam własnym oczom. „Może to jakaś pomyłka?” – pomyślałam.
„Może to reklama, może przyjaciel lub przyjaciółka żartują”. Ale telefon znów zawibrował i zobaczyłam następujący tekst:
„Przygotowałem dla nas kolację, przecież mówiłaś, że twój mąż jest w pracy”.
Poczułam, jak serce podeszło mi do gardła. Czy to oznacza to, co myślę?Siedziałam jak przykuwana do krzesła i przypominałam sobie wszystkie momenty, kiedy synowa mówiła, że idzie „załatwić sprawy”.
Czy naprawdę chodziła po sklepach? Czy nie było wcześniej znaków, które miały mieć miejsce, a ja nie chciałam ich dostrzec?
Kiedy wróciła, patrzyłam na nią zupełnie innymi oczami. Była uśmiechnięta, trzymała torby z zakupami, przyniosła nawet dzieciom
słodycze.
Ledwo powstrzymałam się, żeby nie zapytać wprost:— Gdzie miałaś iść? Tylko obserwowałam. Zachowywała się tak naturalnie, że przez chwilę zwątpiłam w siebie. „Może naprawdę coś źle zrozumiałam?”
Ale wątpliwości nie trwały długo. Kilka dni później ponownie poprosiła mam, żebym посиdała z wnukami. I znowu telefon pozostał na stole.
Tym razem wiadomość miała jeszcze bardziej szczerą treść: „Liczymy minuty.” — co wiesz, że bez ciebie nie mogę. Twój M.”
M. Kim jest ten „M.”? Zrozumiałam, że to nie przypadek. I wtedy stanęłam przed dylematem. Powiedzieć synowi? Milczeć? Czy mam prawo niszczyć jego rodzinę? Ale milczenie oznacza patrzenie, jak żyje w kłamstwie.
W głowie kłębiły mi się myśli. Wyobraziłam sobie, jak mój syn, uczciwy i dobry, siedzi obok żony przy kolacji, opowiada jej o swoim dniu, a ona być może w tym czasie myśli o kimś innym.
Ponownie przypomniałam sobie jej słowa: „Mamo, mam załatwić sprawę”. Jakie to zimne i jednocześnie dwuznaczne sformułowanie.
Tej nocy nie spałam. Przypominałam sobie całe ich małżeńskie życie. Wydawali się szczęśliwi. Dwoje wspaniałych wnuków. Wspólne wycieczki, zdjęcia z wakacji. Co to miało być? Maska? I jak długo mogła okłamywać nas wszystkich?
Następnego dnia podjęłam decyzję. Kiedy siedziałyśmy w kuchni, powiedziałam synowej:— Wiem, co nie mówisz mi wszystkiego. Najpierw była zaskoczona, ale szybko opanowała się.
Cisza zawisła jak ciężki ciężar. Spuściła oczy i długo milczała. Potem szepnęła:— To nie jest to, co myślisz.— A co to jest? — nie mogłam już powstrzymać goryczy. — Chodzisz „w sprawach”, a tam czeka na ciebie jakiś „M.”. Jak mam to rozumieć?
Złapała się za głowę:— Pogubiłam się… Nie chciałam, żeby tak się stało. I wtedy wszystko zrozumiałam. To prawda. Siedziałam i nie wiedziałam, co powiedzieć. Myślałam o synu. O wnukach. O tym, jak ta prawda go zniszczy.
Czy rozumiesz, co robisz? — zapytałam cicho. — Masz rodzinę. Dwoje dzieci. Mojego syna. On cię kocha.
Słuchałam jej i nie poznawałam jej. Mam chęć krzyknąć: „— co mogłaś?”, ale zamiast tego poczułam ogromne zmęczenie.
Wyszłam od niej z ciężkim sercem. I cały dzień zastanawiałam się, czy powiedzieć synowi, czy nie. Z jednej strony – ma prawo wiedzieć. Z drugiej – bałam się, że znienawidzi mam za to, że otworzyłam mu oczy na tę zdradę.
W końcu zrozumiałam jedno: nie będę w stanie długo milczeć. Prawda musi wyjść na jaw. Bo lepiej gorzka prawda niż słodkie kłamstwo.