Całe życie wychowywałam córkę z nadzieją, że kiedyś, gdy się zestarzeję, będę miała kogoś, kto się mną zaopiekuje.
Włożyłam w nią całą siebie — nie spałam po nocach, oszczędzałam, aby podjąć dodatkową pracę, aby dać jej wszystko, co najlepsze; jej edukacja, jej marzenia, jej pewność siebie — to było moje życie.
Wierzyłam, że instynkt matki jest największym fundamentem rodziny i że prawdziwa wdzięczność wyraża się nie słowami, ale czynami.
Ale potem nadszedł dzień, kiedy moja córka powiedziała mi:
— Mamo, wychodzę za mąż.
I to przerażające stwierdzenie uderzyło mnie głęboko — „a gdzie wdzięczność?” — przemówiło do mnie z głębi serca. Bo myślałam, że wdzięczność powinna być po prostu prawem życia.
— Tak długo cię wychowywałam, żebyś miała życie. A teraz? — nie od razu mogłam uchwycić swoje pytanie. Moja mama patrzyła na mnie z troską, a ja czułam, że cały mój świat się zachwiał.
— Mamo, wiesz, że cię kocham — powiedziała cicho. — Ale moje życie nie należy już tylko do ciebie.
Wypłakałam się, jak w dzieciństwie. Ból nie polegał na tym, że córka wychodzi za mąż, ale na tym, że pęknięcie, które przez lata łatałam miłością, nagle stało się proste i nieodwracalne.
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, gdzie jest ta lojalna nić, która wiązała mnie z fragmentem jej życia.
Czas mijał: córka miała zbyt wiele na głowie — organizację ślubu, swoje szczęście, nowy etap życia. A ja pozostałam urażona, z pustym domem i goryczą, że to, co włożyłam, nie ma teraz gwarantowanego zwrotu.
Czas mijał. Pewnego wieczoru przyszła niespodziewanie, objęła mnie i zapytała:
— Mamo, nie jesteś zła?
Zamarłam, bo nie znałam odpowiedzi. W przeciwnym razie przeszłabym do odmowy, ale w piersi pojawiło się coś delikatnego i niepokojącego.
— Ja… nie wiem. Po prostu boli.
Ona spuściła oczy i powiedziała:
— Mamo, chcę, żebyś żyła swoim życiem, a nie tylko była zasobem.
I wtedy zrozumiałam, że wdzięczność nie jest długiem. I że wychowanie człowieka to rozpostarcie skrzydeł, nawet jeśli bolesne jest puszczanie go.